…ALE JAK?

Bardzo często poruszacie ten temat – jak przygotować się do zdjęć w dniu ślubu oraz do sesji plenerowej. Zatem wyjaśnię moją metodę. Nieco z przymrużeniem oka, ale mimo wszystko serio. Zapraszam 🙂

JAK PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO ZDJĘĆ W DNIU ŚLUBU?

Wcale się nie przygotowywać. Naprawdę. Im mniej będziecie sobie tym zaprzątać głowę tym lepszy będzie efekt. Mówiąc wprost – najlepsze zdjęcia powstają wtedy gdy nie zwraca się uwagi na to co ten człowiek schowany za czarnym pudełkiem wyrabia 🙂 To jest Wasz dzień, powinniście go przeżyć pełnią siebie a nie zastanawiać się nad obsługą. Oddajcie się temu w całości i wtedy będziecie najlepiej przygotowani do zdjęć 🙂 Oczywiście jeśli ktoś ma ochotę na zdjęcie z Wami to można taką „ustawiankę” zrobić, niemniej zdecydowanie preferuję wersję gdy ludzie po prostu żyją – bawią się, tańczą, śmieją, płaczą, są naturalni. Wówczas mam najcenniejszy materiał z dnia ślubu. I na tym mogę zakończyć tę część, bo dalsze lanie wody będzie tylko powielaniem tego, co już napisałem 🙂

JAK PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO SESJI PLENEROWEJ?

Znacznie dłuższy wątek. Niestety 🙂

Właściwie po co komu plener?.. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Z jednej strony przeciwnicy plenerów uważają, że można ostatecznie zrobić go w dniu ślubu. Można. Jeśli pogoda pozwoli i jeśli okoliczności przyrody w bezpośredniej okolicy sali weselnej nie mają nic przeciwko – jak najbardziej można. Wówczas wystarczy na 20/30 minut wyskoczyć z imprezy, najlepiej po pierwszym lub drugim bloku tanecznym, i da się kilka zdjęć zrobić. I nawet prawdopodobnie wyjdą 🙂 I nie trzeba już ponownie się umawiać, ubierać, malować, czesać i zawracać sobie głowy. I na dodatek jeszcze kilka setek zostanie w kieszeni. Kiedyś wszyscy jeździli w dniu ślubu do fotografa do studia, i nikt nie marudził 🙂
Zatem – po co komu ten plener? Ano po to, że w dniu ślubu mamy strasznie mało czasu. Nie będziemy swobodnie biegali po lesie – bo goście czekają na sali. Zresztą nie po to tyle czasu organizowaliście wesele żeby teraz „połowę” imprezy opuścić. Na dodatek jesteśmy bardzo ograniczeni – przecież trzeba uważać na suknię, żeby jej nie pobrudzić albo nie daj Boże zadrzeć o gałązkę czy inny świerk. Przecież jeszcze tyle godzin tańców przed Wami, nie wypada w podartej kiecce wracać 🙂 Więc jeśli faktycznie chcecie mieć zdjęcia z pleneru może jednak warto zastanowić się nad opcją takiej sesji po ślubie. W innym dniu tygodnia. Na spokojnie. Na luzie. Naprawdę.

Dzień pleneru: właściwie dowolny – oprócz sobót i niedziel. Tak, żeby Wam pasowało. No i mi też, bo trochę jednak tych plenerów jest, a staram się wykonywać tylko jeden dziennie. To istotne, ponieważ po 2/3 godzinach sesji człowiek potrafi się roztopić, nie tylko fizycznie, i potrzebuje regeneracji min. 24h 🙂
Pogoda: obojętna. Teoretycznie DESZCZ nie jest wskazany – oczywiście zdjęcia mogą wyjść ciekawe, jednak problem polega na sporym dyskomforcie – to nie są przyjazne warunki dla sesji. Szczególnie biorąc pod uwagę fryzurę Pani Młodej 🙂 SŁOŃCE – jest spoko. Ale nie w południe. Silne kontrasty, cienie pod oczami i mnóstwo innych niefajnych kwestii. Jeśli słońce to tylko wschodem lub przed zachodem. Mało kto porywa się na sesję wczesnym rankiem, zatem najlepiej umawiać się 2/3h przed zachodem – mamy wówczas najlepsze możliwe światło. DZIEŃ POCHMURNY – ideał. Serio. Najlepsze możliwe warunki są właśnie przy niebie zaciągniętym chmurami. To taki naturalny, gigantyczny softbox. Nie powstają paskudne cienie na twarzach, nie trzeba ustawiać się pod dyktandem słońca, mamy największą swobodę. I nieprawdą jest twierdzenie, że przy słońcu są lepsze kolory. Nie są.
Miejscówka: obojętna. Naprawdę. Zachęcam wszystkich do realizacji plenerów w ich bezpośredniej okolicy, daje mi to każdorazowo nowe możliwości. Co prawda z reguły słyszę “ale u nas nie ma nic ciekawego” – ależ skąd! Wszędzie jest fajnie, właściwie w każdym miejscu da się zrobić fajną sesję. Kwestia podejścia. Osobiście wolę naturę od architektury, lepiej odnajduję się w krzakach 🙂 niemniej jeśli życzycie sobie sesję w mieście – nie ma problemu. Weźcie tylko pod uwagę, że wokół Was będą ludzie. Ludzie, którzy najczęściej gapią się, robią zdjęcia, podchodzą z życzeniami i ogólnie przeżywają taką sesję niejednokrotnie bardziej od samej Pary Młodej 🙂 W krzakach tego problemu z reguły nie ma. Zdarzają się sesje w miejscach wskazanych przez pary na podstawie moich dotychczasowych plenerów. Czyli “chcemy mieć plener tam gdzie ta i ta para”. Nie ma problemu. Oczywiście należy pamiętać, że każda para nawet w tym samym miejscu i tak będzie miała inne zdjęcia – bo każda para jest inna. I bardzo dobrze, bo inaczej rzuciłbym tę robotę 🙂
Większość par decyduje się na wersję pleneru w ich okolicy. Czyli tak, jak lubię. Jest to wygodne i nie narzuca powtarzalności jednego schematu. Kawałek trawy, kawałek lasu czy jakaś kałuża – to dla mnie kwintesencja 🙂 Bywa jednak, że umawiamy się na sesję gdzieś dalej. Czasami nawet bardzo daleko – ale zawsze w Polsce. Pomijając kwestię zwiększonych kosztów (niestety) dochodzą jeszcze kwestie logistyczne. Czy jak to tam się nazywa. Generalnie chodzi o dojazd. Najczęściej umawiamy się na dłuższą wyprawę jednym autem – razem wyjeżdżamy z Konina i po dotarciu na miejsce ogarniamy sesję. Po sesji do auta – i wracamy. Bywa, że jedziemy dwoma autami, para zostaje sobie na wakacjach, a ja po sesji wracam. Albo dojeżdżam do pary, która już jest na miejscu. Na razie nie przewiduję w ofercie plenerów z noclegiem, więc wszystkie sesje są tak organizowane, żebym mógł po ich realizacji od razu wracać. Niezależnie od wyboru miejscówki – przebieg sesji jest praktycznie zawsze taki sam.
Przebieg sesji: na luzie. Spontanicznie. Nigdy nie zastanawiam się wcześniej jak sesja będzie wyglądała. Bez obaw – nie musicie się przygotowywać. Wręcz nie powinniście. Jak już zaczniemy to ja sam szukam miejsc, światła, podpowiadam co możecie zrobić, i najczęściej są to najprostsze rozwiązania. Trochę ze sobą będziecie i to tyle 🙂 Unikam całowania, jeszcze bardziej unikam gadżetów, potrzebna mi jest tylko sama para. I odrobina uczucia. Nie za dużo, tylko trochę, żeby dało się to uchwycić. Serio – nic trudnego 🙂 Trochę spacerujemy, trochę stoimy, trochę siedzimy. Czasami też trochę leżymy. Wszystko zależy od warunków i możliwości. Czasami pary wynajmują łódkę, konie czy inne kwestie, które im w duszy grają. Wówczas wskazane jest dać znać o tym z wyprzedzeniem – w tego typu plenerach ustalamy klika szczegółów wcześniej. Bywa i tak, że zaczynamy bez przygotowań w wersji klasycznej, a kończymy hardkorowo – taki spontan 🙂 Ale nic na siłę. Z założenia trzymam się wersji klasycznej, spokojnej. Bo jest ona nieśmiertelna.
Osoby trzecie: brak. Czyli zdecydowanie najlepszą cyfrą na plenerze jest trójka: Wy + ja. Rozumiem, że koleżanka / siostra / mama (niepotrzebne skreślić) może zadbać o fryzurę, wygładzić fałdkę na sukni czy poprawić makijaż lepiej niż niejeden fotograf, a już na pewno lepiej niż ja 🙂 ale – nawet najlepsza pomoc bywa zgubna. Potrzebujemy odrobiny intymności, a każda osoba poza naszą trójką tę intymność rozbija. W mniejszym lub większym stopniu, ale rozbija. Oczywiście ostateczną decyzję podejmujecie sami – ja się dostosuję. Jeśli pomoc jest niezbędna, i jeśli nie będzie Was rozpraszać – spoko 🙂
Alkohol: zdarza się 🙂 Znaczy nie u mnie 🙂 Wówczas korzystacie z pomocy osób trzecich jako kierowców. Z tym, że podwożą Was i czekają w aucie lub jadą sobie na przejażdżkę i wracają po sesji. No chyba, że jest potrzebna pomoc przy trudniejszych technicznie plenerach. Wówczas pomocnicy są dobierani albo przez Was, albo przeze mnie, zależy od potrzeby.

PODSUMOWANIE:

Na luzie 🙂 Jak ze wszystkim. Im więcej spiny tym gorzej. Zdjęcia ze ślubu czy z pleneru to nie ratowanie świata. Jeśli zdajecie sobie z tego sprawę i odpowiada Wam taka forma – zapraszam serdecznie. Zakładka „kontakt” jest tuż obok 🙂

POWRÓT